Dzisiaj czuję się jak bohater naszych samochodzików, gdyż:
1. Samodzielnie jeździłam po mieście Jeepem (co nie jest łatwe z perspektywy małej dziewczynki: fotel dostosowany jest do gabarytów Krzyśka, regulacja fotela padła – więc siedząc na końcu fotela – żeby dotykać pedałów i z wciskającym się w szyję pasem bezpieczeństwa śmignęłam do stacji PKP i z powrotem nawet dwukrotnie) Szczerze powiedziawszy – nawet przyjemnie się manewruje – kierownica chodzi lżej niż w Astrze, nie trzeba się martwić o zmianę biegów ani o to, że zgaśnie. Lepsza widoczność w takim wysokim autku. Do minusów należy dodać brak lusterka w środku, do którego jestem niezmiernie przyzwyczajona we wszystkich innych samochodach.
2. Wydębiłam trochę czasu pracowego, żeby odebrać Astrę od Pana Opla (nasz Pan mechanik) i podjechałam na stację kontroli pojazdów, żeby dopełniono reszty formalności i podbito przegląd. Po wnikliwej kontroli lampek i światełek – udało się! A potem wsiadłam cała dumna jak paw i na legalu pojechałam do pracy.
I powiem tak: lubię te nasze samochodziki
mimo, że sporo z nimi mamy przygód/wydatków/napraw, ale też sporo radochy – no i bez nich ani rusz!!!
Ostatnimi czasy odebraliśmy Jeepa od mechanika. Teraz ma nowe lampki przednie i doszły mu też dwa halogeny na dachu.
Dzisiaj zrobiliśmy sobie dzień samochodowy: pojechaliśmy z naszymi autkami na myjnię. Udało mi się też trochę posprzątać w środku Astry. Krzysiek dopompował jej też trochę powietrza do przedniego koła.
Jeep oprócz myjni (której nie uświadczył od dłuższego czasu) miał również zafundowany przegląd kół u naszych „panów oponiarzy” (serwis PREMIO na Gdyńskiej). Później, gdy już wszystko zostało sprawdzone (łącznie z kołem zapasowym), nastąpiła wymiana śrubek i nakrętek na nowe. Na dachu ponownie został zamontowany zapas oraz hi-lift. Krzysiek popracował dzisiaj na ‘wysokościach’.
Samochodzik jest w pełni przygotowany w teren. Następny zakup – profesjonalny kompresor – ale to już po powrocie z Islandii.
Owczarek belgijski – rasa dużo bardziej ‘żywiołowa’ od tradycyjnych owczarków niemieckich.
Dzisiaj Krzysiek dostał zatwierdzenie przez szefa swojego szefa urlopu sierpniowego. Wpłaciliśmy zaliczki panu Jackowi i mentalnie już przygotowujemy się do wyjazdu.
Islandio – przybywamy! Jeszcze tylko 2 m-ce.
W tym roku znowu wybraliśmy się do Karpacza. Tym razem ulokowaliśmy się w górnym Karpaczu – dalej od centrum, ale za to taniej. Byliśmy też o połowę krócej niż poprzednio – bo tylko tydzień.
Dzień 1. niedziela: Zamek Chojnik
Nie omieszkaliśmy ominąć tego uroczego zamku – a właściwie ruin zamku (w XVIIw. od trafienia piorunem większość zamku spłonęła – i nigdy już nie został odbudowany). Niezwykle ciekawa jest droga do samego celu. Zamek znajduje się na wzgórzu, do którego idzie się od parkingu około godzinkę, mijając po drodze łąki, bajkowy las, przepływający strumyk oraz zamkowe schody. Ze szczytu baszty rozciąga się przepiękna panorama dookólna obejmująca Szrenicę, Śnieżne Kotły, Śnieżkę, Słoneczniki, zbiornik w Sosnówce oraz wszystkie miasteczka leżące w dolinach. Największą atrakcją tego zamku jest kapitan zamku Chojnik (Jędrek), który swoimi barwnymi opowieściami o czasch rycerstwa powoduje, że niektórzy po tych opowieściach, czują się jak po obejrzeniu filmu historycznego…
Dzień 2. poniedziałek: Szklarska Poręba, Szrenica, Śnieżne Kotły, Kamieńczyk
Pojechaliśmy pod wyciąg na Szrenicę, wjechaliśmy i ruszyliśmy na szlak aż do Śnieżnych Kotłów – gdzie jeszcze nota bene – leżał śnieg. Urokliwa droga powrotna – czerwonym szlakiem w dół po kocich łbach, po drodze zahaczyliśmy o Kamieńczyk, by wrócić czarnym szlakiem z powrotem na parking.
Dzień 3. wtorek: Trasa IronMen
Krucze Skały – Przełęcz Okraj – grzbiety – Śnieżka – Karpacz
W naszą 3-cią rocznicę ślubu postanowiliśmy połazić po górach. Pogoda była piękna, więc tym bardziej ruszyliśmy na szlaki. Po dojściu na przełęcz Okraj spotkała nas niemiła niespodzianka: schronisko, gdzie planowaliśmy coś zjeść było po prostu zamknięte. Trochę głodnawi postanowiliśmy pójść dalej i zjeść coś na Śnieżce. Niestety, to też nie było nam dane. Okazało się, że przyszliśmy parę minut za późno i restauracja już była zamknięta. Zeszliśmy ze Śnieżki pięknym czerwonym szlakiem i gdyby nie zmęczenie, głód i końcówka wody, pewnie bardziej doecnilibyśmy urokliwe okoliczności otaczającej nas przyrody. Zeszliśmy do Karpacza już po 21-wszej i ledwo co zdążyliśmy przed burzą.
Dzień 4. środa: kościół Wang
Kolejny dzień był bardziej luźny ze względu na zmęczenie dniem poprzednim oraz pogodę niesprzyjającą wychodzeniu w góry (mgły i mżawka). Udaliśmy się do Świątyni Wang.
Dzień 5. czwartek: Praga
Wyruszyliśmy wczesnym rankiem autokarem organizowaną przez biuro turystyczne Sudety wycieczką. W Pradze na każdym kroku czekały na nas zabytkowe budowle, piękne widoki, uroki miasta.
Dzień 6. piątek: Skalne Miasto
Sami pojechaliśmy samochodzikiem (mąż stał się już kierowcą międzynarodowym) do Skalnego miasta w Andrspachu. Piękna pogoda umożliwiła nam podziwianie jednych z najpiękniejszych skał piaskowcowych znajdujących się tuż przy granicy z Polską. Dodatkową atrakcją wycieczki był rejs łódką po malutkim jeziorku z kapitanem o wyjątkowym poczuciem humoru.
W drodze powrotnej Krzysiek narobił rabanu, że zostawił portfel w restauracji, gdzie jedliśmy obiad w Czechach (wszystkie dokumenty/karty/kasa/dowody rejestracyjne). Znaleźliśmy portfel, ale troche nerwów było.
Ogólnie – wyjazd należy zaliczyć do bardzo udanych. Do następnego roku (być może) trzeba zostawić parę rzeczy:
Szklarska Poręba – zejście ze Śnieżnych Kotłów inną trasą
Śnieżka: wjazd wyciągiem, zejście czerwonym szlakiem
Czechy: Jaskinie Morawskiego Krasu
Karpacz: Podziemna trasa w sztolniach, wejście na Pielgrzymy i Słonecznik żółtym szlakiem pod góre
może jakaś dodatkowa wycieczka: Saksońska Szwajcaria/Wiedeń
trasa czerwonym szlakiem przyjaźni polsko-czeskiej od Przełęczy Okraj aż po same Śnieżne Kotły
sztolnie pod Śnieżką:
Dzisiaj (jak zwykle w piątek) jechałam jako kierowca do pracy. W Kobyłce na ulicy Jana Pawła II jadącemu z naprzeciwka samochodowi odpadło koło od strony kierowcy i poturlało się na pas, którym jechałam. Potem wpadłam w strasznie dużą dziurę na skręcie w Mokry Ług. Potem widziałam straszny wypadek na wiadukcie na Marsa w stronę Trasy Siekierkowskiej, w którym motocyklista stracił rękę. A na dodatek na skrzyżowaniu Domaniewskiej z Niepodległości dwóch panów postanowiło wymienić parę bluzgów między sobą za zajechanie drogi. Dzisiaj także Warszawę odwiedza prezydent Obama. Apogeum, apokalipsa i armagedon. ![]()
Trzymajcie kciuki, bo muszę też i wrócić do domu.
P.S. Tak to jest jak się przeważnie jeździ jako pasażer, a nie kierowca…
Filmik mówi sam za siebie. Już nie mogę się doczekać sierpnia!
Inspired by Iceland Video from Inspired By Iceland on Vimeo.
Co nam pozostało?
- jeszcze parę miesięcy czekania i odkładania kasy
- kupno: zapasowych butów trekkingowych, koszulek termoaktywnych, latarek, zapasowych akumulatorków do aparatu, kuchenki turystycznej i jakichś garnków, noża/scyzoryka, namiotu oraz peleryn przecideszczowych
Co już mamy:
- niezmienną chęć pojechania i zobaczenia wszystkich atrakcji,
- aparat, parę par spodni, buty, plecaki, śpiwory i karimaty
Jedziemy z Biurem Turystycznym Podróżnik pana Jacka Grzymały:
www.islandia.org.pl/podroznik/index.html
A już w maju wyjazd do Karpacza i zaprawka – wejście na Śnieżkę/parę wycieczek do Czech/łażenie po górach… – ja chcę już na urlop!!!
A dzisiaj jest dzień piękności!
Męża w domu nie ma (niedziela w pracy), więc mogę poświęcić trochę czasu tylko dla siebie.
Maseczka typu peel-off Avon z ryżem i sake ![]()

Odkryłam, że mój kochany mąż jest niezły w ping-ponga. Spędziliśmy dzisiaj ponad 30 min. w Decathlonie ‘testując’ stół. Umie podkręcać
i całkiem niezły z niego Andrzej Grubba. W maju/czerwcu planujemy jechać do ośrodka wczasowego, gdzie na pewno jest stół. Już nie mogę się doczekać.
Ciekawe, czy gdzieś w Kobyłce/Wołominie można pograć w pingla?
Plany najbliższe: zmobilizować się do podejścia do CCNA Security, Topienie Marzanny – oby się udało jeszcze w marcu!
I już nowy rok !
Poprzedni był rokiem pod znakiem Cisco (dokończenie wszystkich modułów CCNA i zdanie egzaminu certyfikującego, oraz rozpoczęcie CCNA Security). I właśnie z tego certyfikatu jestem najbardziej dumna (najwięcej w głowie zostało, najwięcej wysiłku kosztował).
Ponadto to właśnie w 2010 r. zapoczątkowaliśmy nareszcie nasze wakacjo-podróże (2 tygodnie w Karpaczu), które uświadomiły mi, jak bardzo potrzebujemy oderwania się i odpoczynku od codzienności. Poznałam także nieznaną dotychczas naturę podróżnika u mojego męża, a także zamiłowanie do fotografii – które stale się rozwija (za sprawą prezentu od Mikołaja – aparatu Sony alpha 33).
To także rok drugiej z kolei operacji i powolne dojście do zdrowia, na które niestety trzeba chuchać i dmuchać (ale na szczęscie na razie wszystko jest w miarę w normie). Od września chodzimy na siłownię, a mój małżonek jest moim największym motywatorem w tym zakresie. Schudłam parę kg i czuję się nieporównanie lepiej.
Nadchodzący rok – to będzie rok wyzwań (bardzo ambitne plany).
Sfera zawodowo-edukacyjna: zdanie certyfikatu CCNA Security, zdobycie tytułu OCA (dwa egzaminy) oraz CCNP Routing.
Wakacjo-wycieczki: jedziemy znowu do Karpacza (tym razem na krócej), w sierpniu jedziemy na Islandię na trzy tygodnie.
To będzie także rok nowości: żeganmy się z naszym pierwszym samochodzikiem, i kupujemy samochód z napędem 4×4 – więc będę musiała się nauczyć jezdzić czymś takim (na szczescie ma wspomaganie kierownicy) i zdobyć trochę umiejętności ‘w terenie’.
Happy New Year 2011!!!













